twitter facebook instagram vimeo youtube

Mongolia – kraina błękitnego nieba

 

Po wojażach po Bliskim Wschodzie i Kaukazie, przyszedł w końcu czas na Azję Centralną, moją ulubioną krainę geograficzną, której poznanie stało się jednym z moich życiowych celów. Według jednej z popularnych koncepcji geopolitycznych ta część świata nazywana jest Heartlandem, czyli jądrem Wyspy Świata, miejscem którym trzeba rządzić, aby władać resztą globu. Gdy zdradzę Wam kilka szczegółów o kraju wchodzącym w skład owej koncepcji, przekonacie się, jakim wizjonerstwem cechowała się idea śp.  Halforda Johna Mackindera.

Kraina potomków Czyngis Chana mogłaby aspirować do roli supermocarstwa, a jest ostatnim krajem świata, którego tak znaczna część populacji prowadzi koczowniczy tryb życia. To kraj pod wieloma względami unikatowy – piwo nazywa się kumysem, w stołecznych korkach spotkać można konnych jeźdźców, a w odizolowanej od świata jurcie znaleźć można puszkę po pasztecie prochowickim. Mongolia narkotyzuje i zniewala pierwotnym pięknem natury, prostotą życia mieszkańców i dziedzictwem minionej potęgi. Wolny kraj wolnych ludzi. Zapraszam Was do krótkiej podróży po kraju, który zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Chciałbym odkryć przed Wami piękno tego miejsca i zachęcić Was do wzięcia pod uwagę Krainy Błękitnego Nieba w planowaniu przyszłorocznych wyjazdów. A więc zaczynamy! 🙂

 

 

Mongolia – wolny kraj wolnych ludzi. Pierwsze wrażenia.

Mongolia jawiła się w moich wyobrażeniach jako kraj-step, pośród którego żyją śmiesznie wyglądający ludzie o imieniu najczęściej Batar i nazwisku równie skomplikowanym w wymowie jak owiany sławą wulkan na Islandii. Wiedziałem, że Mongołowie jeżdżą konno, stolicą kraju jest Ułan Bator, a największym bohaterem jest wielki Czyngis Chan. Na tym moja wiedza na temat Mongolii się kończyła. Nie sądziłem, że Mongołowie mogą wozić się terenowymi brykami w limitowanych wersjach, pić wódkę ze szklanek czy dystansować się od spożywania wielbłądziego mięsa. O tym, że w kraju tym bywa ponad 250 bezchmurnych dni w roku też nie wiedziałem, podobnie jak o tym, że mimo śródlądowego położenia, Mongolia ma wiele słonych jezior. Gdybym wcześniej wiedział, że skamieniałości dinozaurów leżą niezabezpieczone na ziemi, pewnie pojawiłbym się na miejscu szybciej. Zainspirowany wieloma relacjami i masą absolutnie zjawiskowych zdjęć, postanowiłem zobaczyć na własne oczy ten jeden z najrzadziej zamieszkałych krajów świata.

 

Nasz uśmiechnięty kierowca Ponchek.

 

Pierwsze zetknięcie z Mongołami nie należało do najprzyjemniejszych, o czym szerzej pisałem w relacji Do Mongolii kolorowym protonem. Kilku cwanych czingisów chciało nas oskubać na dolary proponując transfer samochodem na drugą stronę, a pracownicy straży granicznej chowali się pod stół, żeby tylko nie rozmawiać z nami po angielsku. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia jak w przypadku Persów i ich ciepłego przywitania. Niemniej jednak, postanowiliśmy dać szansę skośnookim przyjaciołom, których sympatyczne mordy zapamiętaliśmy z przewodników i blogerskich wpisów.

Mongolska popielniczka

Co nas zaskoczyło w Mongolii? Przede wszystkim absurdalnie duża ilość polskich akcentów, co najdobitniej można było dostrzec w pierwszym lepszym „sklepiku osiedlowym”. Na półkach legendarne soczki Kubuś, polskie ogórki konserwowe, batony Grzesiek czy kultowe draże Korsarz. Nigdy nie sądziłem, że 7 tysięcy kilometrów od domu kupię konserwę tyrolską czy polski dżem truskawkowy. Penetrowanie sklepowych półek w poszukiwaniu kolejnych polskich nazw stało się naszą obsesją i jednym z ulubionym zajęć intelektualnych całej wyprawy.

Warto pamiętać, że Mongolia mimo że nie jest obecnie znaczącym partnerem handlowym Polski, a w obrotach zdecydowaną przewagę stanowi eksport produktów z Polski, to w czasach istnienia Związku Radzieckiego nasze dwustronne relacje gospodarcze były bardziej zażyłe.  Potwierdzają to polskie produkty w sklepach, ale także napotkani przez nas Mongołowie, którzy pracowali „za komuny” w Polsce, robiąc interesy czy to na bazarach w Warszawie czy w Poznaniu. Do dość niecodziennego zdarzenia doszło w trakcie naszego podróżowania po pustyni Gobi, w jednej z lokalnych „restauracji” spotkaliśmy Mongoła, który mówił po polsku (pracował niegdyś w Warszawie) i prosił, abyśmy byli jego tłumaczami w pertraktacjach finansowych z turystami z Węgier. Cała sytuacja musiała wyglądać, co najmniej groteskowo – białe twarze z odmiennego kręgu kulturowego osobistymi tłumaczami lokalnego kierowcy. W tym samym miejscu spotkaliśmy również Muruna, autora biura podróży Murun.pl, biegle mówiącego po polsku i mieszkającego na stałe w Kaliszu. Murun organizował tour z grupą kilku Polaków na pokładzie radzieckiego vana. Po krótkiej rozmowie o stopowaniu i dinozaurach życzyliśmy sobie szerokiej drogi i ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach.

Pobyt w Mongolii uświadomił nam, że Mongołowie to wcale nie są biedni ludzie. Wręcz przeciwnie, praktycznie codziennie zastanawialiśmy się, skąd do diabła ci ludzie mają tyle forsy? Przecież to nie jest normalne, żeby przez połowę pobytu „wozić” się po kraju na pokładzie samochodów typu Toyota Land Cruiser czy Toyota Crown. Skóra, fura i komóra. Nastawialiśmy się na poruszających się konno pastuszków, a pomocną dłoń wyciągali do nas posiadacze iPhonów 6 i pokładowych telewizorów z klipami YouTube. Dość zaskakujące doświadczenie. Punktem kulminacyjnym było spotkanie lokalnych patriotów z miasteczka Mandalgowi, z których jeden wyglądał jak Kim Dzong Un. Panowie za punkt honoru uznali pokazanie nam swoich domów,  samochodów i zawartości lodówek. Z początku przyjemne, bo mocno zakrapiane mongolską wódką spotkanie, z biegiem czasu nabrało uciążliwego charakteru. W pewnym momencie czuliśmy się jak zakładnicy samozwańczego watażki, który przejął przewodnictwo w grupie i całą uwagę skupił na sobie, twierdząc, że jest miejscowym szeryfem, a całe miasto znajduje się pod jego protektoratem. Po kilku wizytach w obcych domach (swoją drogą o standardzie zbliżonym do polskich warunków bytowych), wspólnej konsumpcji kumysu pod jakimś ołtarzem lokalnych bóstw, rozstaliśmy się w atmosferze dwustronnego niezrozumienia i jednostronnego żalu. Wyszły na jaw różnice kulturowe i brak znajomości języka mongolskiego. Do teraz nie wiemy, za co obraził się Kim Dzong Un  – czy poszło o odrzucenie propozycji odpłatnej wycieczki na pustynię Gobi, z którą wyszedł jego poczciwy brat – czy może o to, że zamiast spać w jego domu, wybraliśmy biwak na stepie.

 

 

JAK PORUSZAĆ SIĘ PO MONGOLII?

Planując wyprawę do Mongolii należy pamiętać, że wielkość terytorialna tego kraju wynosi 1 566 000 km², a brak rozwiniętej infrastruktury drogowej oznacza, że państwo to nie jest miejscem łatwym do przemieszczania się. Największym problemem w Mongolii są duże odległości, które wymuszają na przyjezdnym perfekcyjną optymalizację czasu.  Aby uzmysłowić sobie lepiej wielkość Mongolii, warto przyjrzeć się długości granic z sąsiednimi państwami – z Chinami to łącznie 4677 km, a z Rosją 3485 km.     To główny powód, dla którego turyści przyjeżdzają do tego kraju np. na miesiąc lub wracają kilka razy, aby na spokojnie zobaczyć wszystkie planowane punkty wyprawy. Nieziemskich miejscówek jest tak dużo, że niemożliwym jest zobaczenie wszystkich bez wzięcia min. półrocznego urlopu zdrowotnego 😀

Poruszanie się po Mongolii jest dość specyficzne. Z uwagi na słabe zagęszczenie ludności, brak miast, a także zmienne ukształtowanie terenu, większość ruchu odbywa się na kilku-kilkunastu drogach asfaltowych. Nie jest przesadą stwierdzenie, że Mongolia to kraj miliona dróg, tak faktycznie jest, problem jednak w tym, że są to drogie szutrowe, po których sprawnie poruszać się są w stanie jedynie tubylcy. Jak więc sprawnie poruszać się po tym kraju? Jest kilka opcji, a jedną z nich jest – preferowany i testowany przez nas – autostop. Mimo iż Mongołowie nie rozumieją opcji „podróżowania za darmo” i uważają tę technikę za idiotyczną, a niekiedy i za nieprzyzwoitą, to i tak bardzo łatwo złapać okazję. Ruch uliczny na odcinkach łączących większe miasta jest bardzo skromny, ale prawdopodobieństwo zatrzymania się samochodu duże. W ten sposób pokonaliśmy w Mongolii ponad tysiąc kilometrów. Mongołowie oczekują zapłaty za przejazd, nie mieści im się bowiem w głowie, że można przewieźć nieznajomego przybysza za darmo. Nie powiedzą Wam tego wprost, ale najczęściej pod koniec podróży będzie po nich widać „zmianę zachowania” i wypisane na twarzy „Where is my money, gringo?„. Niestety jest to rzecz nie do przeskoczenia bowiem komunikacja z potomkami Czyngis Chana jest bardzo trudna. Niektórzy z nich mówią po rosyjsku, ale zdecydowana większość charczy w swoim niezrozumiałym języku, co dla przyjezdnego z innego kręgu kulturowego oznacza brak zrozumienia choćby jednego słowa. Dźwięki te nie są dla Europejczyka czymś możliwym do przyswojenia, co w połączeniu z niezrozumieniem idei autostopowania prowadzi niekiedy do komicznych sytuacji, ale także i spięć.

 

Jak widać na załączonym obrazku – ruch skromny. Za to jak przyjemnie postudiować mapę na rozgrzanym porannym słońcem asfalcie.

To nie fatamorgana. Mały zbiornik wodny centrum życia towarzyskiego okolicznego inwentarza.

 

Nasze autostopowanie w Mongolii, mimo istniejących barier kulturowych okazało się doświadczeniem wielce ciekawym i dającym, jak wszędzie indziej na świecie, możliwość bezpośredniej konfrontacji z kulturą miejscowych. Jeszcze w rosyjskiej Buriacji ostrzegano nas, że Mongołowie choć są przyjaźni i generalnie w porządku, to okraść przyjezdnych lubią. Słowa te wzięliśmy na poważnie do siebie i staraliśmy się mieć na baczności i postępować odpowiedzialnie…Rozsądek skończył się jednak w momencie złapania pierwszej okazji darmowego transportu na mongolskiej ziemi. Nieodłącznym elementem podróżowania z Mongołami okazała się konsumpcja lokalnej wódki i kumysu, sfermentowanego końskiego mleka. Mongołowie chleją dużo i to w stylu swoich południowych sąsiadów, nie istnieje dla nich żadna popitka, a smak spirytusu neutralizuje świeży pomidor lub ogórek. Początki stopowania po Mongolii były więc dość ciekawe zwłaszcza, że nasi pierwsi mongolscy znajomi mieli w samochodzie kieliszek Żubrowki (wtedy jeszcze myśleliśmy, że polskiej wódki, ale jak się dowiedzieliśmy „z internetów” to marka rosyjska…).

Jak smakuje kumys? Specyficznie…trochę jak kefir, trochę jak zsiadłe mleko. Do ziemniaków może byłby i dobry, ale pity z 1,5 litrowej, plastikowej butelki niekoniecznie. Toast zaliczyliśmy głównie z szacunku do mieszkańców, dla których kumys jest tradycyjnym napojem podobnie jak dla ludów koczowniczych z Kazachstanu czy Kirgistanu. Jak czytamy na Wikipedii, „głównym składnikiem jest mleko klaczy, czasem jednak przyrządza się go z mleka jaka, oślego, wielbłądziego, owczego, lub krowiego„. Nie wiem czy kumys, który zagościł w naszych przełykach był z jaka czy wielbłąda, ale kolejna degustacja z pewnością szybko nie nastąpi.

Dobrzy ludzie…i wódka.

Transport publiczny w Mongolii nie należy do dobrze rozwiniętych, poza Ułan Bator, ciężko mówić o jakimkolwiek poruszaniu się tym środkiem lokomocji. Można skorzystać z dalekobieżnych autobusów np. na linii Ułan Bator – Dalandzangad (10-12 godzin jazdy), ale jest to rozwiązanie o tyle bez sensu, że po pierwsze komfort jazdy jest średni, nie ma możliwości zatrzymania się „na żądanie” i zrobienia zdjęć pięknych krajobrazów, a czas przejazdu jest długi.

Lepszym, ale i nieporównywalnie droższym rozwiązaniem jest wypożyczenie samochodu. Agencją, którą nam poleceno jest Camel Track  (mam namiar na osobę, która wypożycza samochody, także zainteresowanych zapraszam do kontaktu). Nie skorzystaliśmy jednak z ich oferty z uwagi na zmianę planów podróży. Samochód wypożyczaliśmy w Dalandzangad, ale od razu z kierowcą, odradzono nam  bowiem eksplorowanie pustyni Gobi na własną rękę z uwagi na brak znajomości topografii terenu i zdradliwe odległości.

Nie oznacza to jednak, że wynajęcie samochodu bez kierowcy jest niemożliwe. Spotkaliśmy na miejscu turystów, którzy przyjechali do kraju własnymi samochodami lub wypożyczyli je na miejscu. Trzeba jednak zaznaczyć, że wyglądali na porządnie przygotowanych i wyposażonych w niezbędny ekwipunek w postaci szczegółowych map i zapasowych części samochodowych.

 

Survival w Mongolii czyli, co jeść i gdzie spać

Nie byliśmy nigdy w kraju, w którym tak łatwo rozbić namiot. Czy jest więc sens płacić za nocleg skoro ma się do dyspozycji bezludny step o idealnej nawierzchni? Oczywiście, że nie! Wybierając się do Mongolii warto zabrać ze sobą namiot, bo jest to zdecydowanie najlepsza z form nocowania w tym kraju. Rozbić się można prawie wszędzie, w większości przypadków nie trzeba pytać nikogo o zgodę, nie trzeba też obawiać się wizyty mundurowych czy dotkliwych kar finansowych za nielegalne biwakowanie. Pamiętać należy jedynie o kwestiach bezpieczeństwa, bo nie zawsze miejsce, które wydaje się idealne do spania, jest odpowiednie. Jakich miejscówek unikać? Odradzamy rozbijania namiotu w bliskim sąsiedztwie wiosek, w których poza porządnymi obywatelami, jak w każdym innym kraju mieszkają i ochlejmordy. Po co stracić cenny aparat? 🙂 Zanim wbijecie pierwszego śledzia dobrze upewnić się czy namiot nie znajduje się przypadkiem na środku szutrowej drogi, których w Mongolii są tysiące. Miejscówek można szukać w pobliżu głównych dróg asfaltowych (rankiem będzie łatwiej złapać okazję, a w razie „sytuacji kryzysowej” istnieje cień nadziei na pomoc ze strony bliźniego), warto jednak pamiętać, że lampka w namiocie czyni go bardzo zauważalnym, co niekoniecznie jest dobre. Na szczęście Mongolia to kraj wyżynny, nie będzie więc problemu ze znalezieniem miejsca niewidocznego dla nocnych kierowców.

Hotele i hostele w Mongolii są stosunkowo drogie i w kiepskim standardzie. Są jednak miejsca, gdzie ciężko robić namiot – np. w Ułan Bator. Osobiście przetestowaliśmy dwa miejsca noclegowe – w stolicy EcoStar Hotel i w Dalandzangad  – Dalandzangad Hotel. Obie miejscówki mocno przeciętne, ale dające możliwość częściowej regeneracji i co najważniejsze, podładowania sprzętu elektronicznego. Opcja skorzystania z WiFi i reorganizacji to ważny element każdej dalekobieżnej wyprawy z plecakiem. Działa też CouchSurfing, z którego skorzystaliśmy połowicznie, bowiem nasz host przestał reagować, gdy próbowaliśmy nawiązać z nim łączność.

 

Miało być płasko, a są pagórki. To duże ułatwienie w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg.

 

Ekstremalny klimat kontynentalny wpłynął w znaczącym stopniu na kształtowaną przez stulecia kuchnię Mongolii. Mongołowie zmuszeni są pochłaniać duże ilości tłuszczów zwierzęcego pochodzenia, aby zakonserwować swoje organizmy na surowe okresy zimowe, kiedy temperatury spadają poniżej 50 stopni. Lokalne potrawy składają się więc w większości z produktów mlecznych, mięsa i tłuszczów zwierzęcych.  Składniki te występują w praktycznie każdej potrawie, począwszy od zup, przez placki, aż po pierogi. Mongoł żyje z mięsem w pełnej symbiozie, w tym kraju nie ma wegetariańsko-wegańskich wariacji, bo w tak specyficznym klimacie ciężko wyhodować owoce i warzywa znane z polskich warzywniaków. Mongolska kuchnia jest dość siermiężna w smaku i dla przyjezdnych może wydawać się kompletnie niedoprawiona. Przyprawy zawsze były w tym kraju towarem deficytowym i krajanie przyzwyczaili się do pierwotnego smaku narodowych dań.

Huszury z ogórkami + czaj z solą i tłustym mlekiem

Będąc w Mongolii należy koniecznie spróbować trzech smaków: chuuszurów (Khuushuur – smażonych na głębokim tłuszczu placków z mięsno-cebulowym farszem), herbaty Suutei tsai (tradycyjnej mikstury złożonej z wody, mleka, herbaty z dodatkiem soli) i cujwanu (smażonego makaronu z mięsem, a w niektórych przypadkach z warzywami). W przydrożnych jurto-restauracjach dane Wam będzie skosztować innego tradycyjnego dania, czyli buzzów, gotowanych pierogów z wkładką z gotowanej baraniny.  Więcej narodowych dań świetnie opisano w tym artykule: 12 tradycyjnych potraw Mongolii. Musicie być przygotowani na konieczność degustacji Airagu, czyli popularnego kumysu, który jest lekkim napojem alkoholowym pijanym przez Mongołów praktycznie codziennie na zasadzie „nie musi być okazji, by napić się sfermentowanego mleka”. Najpopularniejszym, mocnym alkoholem na terenie Mongolii, ale jak się okazuje również Buriacji (skośnookiej częściej Syberii), jest Archi. Trunek ten otrzymuje się z destylacji sfermentowanego mleka, a jego woltaż szacuje się na maksymalnie 30%. Na sklepowych półkach dominuje jednak wódka Czyngis Chan, najpopularniejszy w kraju biały alkohol powyżej 40%. Wódka jak wódka, nie zaliczamy się do koneserów, ale ten egzemplarz może określić mianem”dobrze wchodzącej”. Piliśmy bez zapitki z dużych szklanek więc siłą rzeczy był czas na „doznania sensoryczne”. Przed odlotem do Polski warto poszukać w sklepach złotej edycji tej wódki, która pakowana jest w piękny blaszany pojemnik, co może stanowić idealny prezent np. dla przyszłego teścia 🙂

 

 

Kraj wielu dróg i bezkresnego stepu

Step to nieodłączny element krajobrazu Mongolii i cecha charakterystyczna tego kraju. Na pytanie „z czym kojarzy Ci się Mongolia?” pewnie 80% badanych odpowiedziałoby, że właśnie ze stepem. O ile Polakom znane są również stepy akermańskie Adama Mickiewicza, o tyle większość mieszkańców naszej planety, jeśli już wie czym jest i gdzie leży Mongolia, najczęściej utożsamia ją z krajem koczowników i ciągnącym się aż po horyzont stepem.  „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu” – tak się czuliśmy po przekroczeniu rosyjsko-mongolskiej granicy, o czym szerzej informowaliśmy w artykule Do Mongolii kolorowym protonem!.  Przestrzeń, z którą zderzyliśmy się w Mongolii jest powalająca, warto jednak zaznaczyć, że nie jest to kraj o jednolitym ukształtowaniu terenu. Aż 80% powierzchni Mongolii stanowią tereny górzysto-wyrzynne położone na wysokości powyżej 1000 m.n.p.m. 3/4 terytorium kraju z pominięciem wschodnich obszarów znajduje się na obszarze Wyżyny Mongolskiej. O różnorodności ukształtowania terenu świadczy występowanie terenów pustynnych (Gobi), wulkanicznych (Dariganga) czy wysokich gór (Changaju z najwyższym punktem Otgontenger uul o wysokości 4031 m n.p.m czy Chujten w paśmie Ałtaju Mongolskiego, szczytu o łącznej wysokości 4374 m n.p.m.). Mongolia to również bujna roślinność i krajobraz bardziej zbliżony do tego znanego nam z Syberii – tak jest np. nad jeziorem Chubsuguł zwanym potocznie Małym Bajkałem.

 

Mongolia od północy to zielona równina ciągnąca się przez Darchan aż do Ułan Bator. Od stolicy im bliżej granicy chińskiej jest coraz mniej zieleni, przybywa za to piasku i roślinności półpustynnej. Różnice w krajobrazie, choć mogą wydawać się pozorne, są szczególnie zauważalne, gdy pokona się trasę od przejścia granicznego w Kiachcie aż do miasteczka Dalandzadgad na południu kraju. Wzdłuż ciągnie się jedna i ta sama asfaltowa droga, która łączy północ z południem. To jeden z nielicznych w kraju tak często eksploatowanych przez mieszkańców i przyjezdnych odcinków komunikacyjnych. Dlaczego więc Mongolia jest krajem miliona dróg?  Mongołowie dobrze znają ziemie, na których mieszkają i dzięki wbudowanym w percepcję lokalizatorom są w stanie skutecznie poruszać się po ciągnącym się setkami kilometrów terenie, który na dodatek jest nieoznakowany i nieoświetlony. To, co dla wypożyczającego na miejscu samochód turysty jest niewykonalne, dla rodzimych mieszkańców jest jak przełykanie śliny – oczywiste.

Pajęcza sieć szutrowych dróg i dróżek widoczna jest w Mongolii prawie na każdym kroku. Rozbijając namiot byliśmy wielokrotnie uczulani przed przypadkowym ulokowaniem obozowiska na jednym z takich właśnie połączeń ekspresowych – nocą mogłoby dojść bowiem do mało przyjemnego w skutkach spotkania z land cruiserem lub motocyklem.

 

Fotka po prawej została zrobiona kilka kilometrów od mongolsko-rosyjskiego przejścia granicznego w Kiachcie.  Druga to początek pustyni Gobi na południu kraju. Widać różnicę w krajobrazie, zielona równina ustąpiła miejsca pustynnemu płaskowyżowi.

W którym kierunku jedziemy?

 

Cmentarzysko dinozaurów i śladów dawnych cywilizacji

Prawdopodobieństwo zetknięcia się ze śladami dawnych form życia w Mongolii jest porównywalne ze znalezieniem ruskiego kiepa na dworcowym deptaku w Irkucku. No dobra, może  nie jest to aż tak proste, ale uwierzcie, że chyba żaden inny kraj na świecie nie oferuje tak ułatwionego dostępu do skamielin poprzednich epok. O poszukiwaniu kości dinozaurów i świętych dla paleontologów Flaming Cliffs rozpisywaliśmy się już w artykule – Śladami dinozaurów w Mongolii – w którym zawarliśmy nasze spostrzeżenia z podróżowania po pustyni Gobi. W artykule wspominamy o Bajandzag, formacji skalnej, pośród której odkryto pierwsze w dziejach ludzkości skamieniało jajo dinozaurów.

Piękno Mongolii polega na tym, że eksponatów przyrody nie trzeba oglądać przez szybę, a dzikim krajobrazem cieszyć się można  za darmo. W kraju tym, poza nielicznymi wyjątkami, nie obowiązują strefy płatne. Oznacza to, że o ile początkowe koszty związane z podróżą są drogie (loty, wizy), na miejscu można zaoszczędzić i nieco zbilansować finalny wydatek za wyprawę.

 

 

Gdzie więc szukać śladów dinozaurów? Najlepiej udać się do ajmaku południowogobijskiego ze stolicą w Dalandzadgad. Ajmak południowogobijski jest ajmakiem o najmniejszej gęstości zaludnienia w całej Mongolii głównie za sprawą pustyni Gobi, która na dużych obszarach jest praktycznie niezamieszkała. Park Narodowy Gobi Gurwan Sajchan to miejsce idealne do rozpoczęcia poszukiwań – rezerwat bogaty jest w naskalne rysunki z czasów prehistorycznych, kamieniste wyżyny i kaniony. W okolicach Płonących Klifów (Bajandzag lub Flaming Cliffs) kości dinozaurów porozrzucane są luzem i można uzbierać cały worek w mniej niż pół godziny. My natrafiliśmy tylko na pozbawione konkretnych kształtów kawałki, ale napotkani przez nas Polacy mówili o całych fragmentach szkieletu. To, że Mongolia bogata jest w ślady życia dawnych istnień potwierdzają badania naukowców, którzy zaliczają obszar pustyni Gobi do najbogatszych na świecie miejsc pochówku dinozaurów z okresu późnej Kredy i innych, żyjących niegdyś na ziemi ssaków pierwotnych. Warto więc zatrzymać się w tym miejscu na dłużej.

Warto też odwiedzić ajmak suchebatorski, gdzie mieści się Dariganga, miejsce pełne wygasłych wulkanów i popularnych stanowisk archeologicznych. Należy jednak pamiętać, że południowo-wschodnia część tego kompleksu znajduje się na terytorium Chin.

 

 

W rezerwacie Gobi Gurwan Sajchan warto zaliczyć miejscówkę o nazwie Khavtsgait. W niewielkich górach znajdują się petroglify dawnych kultur. Ze szczytu rozpościera się fascynujący widok na bezkresne stepy, które bardziej przypominają powierzchnię Jowisza niż planety zamieszkiwanej przez gatunek ludzki. Kompletne science fiction.

Naskalnych rysunków w Mongolii jest więcej, nie są to jednak miejsca dobrze oznakowane i łatwe do zlokalizowania. Trafić do nich można jedynie z mongolskim przewodnikiem lub kierując się podanymi np. w Lonely Planet współrzędnymi geograficznymi.

 

 

Ocean piasku, czyli odkrywamy majestat pustyni Gobi

Odpuszczenie Gobi to zbrodnia dużego kalibru jest t0 bowiem obowiązkowy punkt na mapie dla każdego odwiedzającego Mongolię backpackera. Po Saharze jest to druga pod względem wielkości pustynia świata, ciągnąca się od od wielkich gór Tienszan na zachodzie, aż po Wielki Chingan na wschodzie. To także najdalej wysunięty na północ obszar pustynny globu. Gobi wzbudza respekt zarówno wśród odwiedzających ją przybyszów z innych krajów, jak i samych Mongołów, którzy lubią dzielić się obiegowymi legendami na temat tego miejsca. Dość powszechne są historie o tym, jak na przestrzeni wieków Gobi pochłaniała tysiące istnień ludzkich, w większości tragarzy, którzy ginęli wiedzeni dziwnymi odgłosami, tracąc orientację i w końcu ginąc z wycieńczenia. Jest w tym trochę prawdy, jeśli weźmie się pod uwagę ekstremalny klimat panujący na miejscu, a także ukształtowanie terenu. Otwarta przestrzeń sprawia, że hulający po rubieżach wiatr generuje upiorne dźwięki. Można więc wyobrazić sobie sytuację, w której skrajnie wycieńczony organizm ludzki poddaje się temu koszmarnemu zawodzeniu.

Bazą wypadową na pustynię jest Dalandzangad, małe 14-tysięczne miasteczko, stolica ajmaku południowogobijskiego. Na miejsce można dojechać wyasfaltowaną drogą z Ułan Bator w mniej niż 12 godzin autobusem (cena biletu jest uzależniona od termin zakupu – ten kupowany dzień wcześniej jest tańszy i kosztuje 13300T; spóźnialscy zapłacą za transfer ok. 16000T) lub w 6-7 godzin samochodem. W celu zwiedzania okolicy trzeba wypożyczyć samochód lub skorzystać z oferty jednego z biur podróży na miejscu. Ceny trzydniowych tourów to ok. 200 USD od osoby, cena wygórowana jak na mongolskie warunki, jest to jednak atrakcja warta tych pieniędzy. Wypożyczenie samochodu to koszt od 50 USD dziennie, pamiętać należy jednak, że łatwiej jest wynająć samochód z mongolskim kierowcą niż bez pilota.

 

 

Zwiedzanie okolicy można rozpocząć od odwiedzin rezerwatu przyrody Yolyn Am zwanego popularnie Doliną Sępów lub Orłów. Miejsce to przyciąga ornitologów i fotografów marek takich jak National Geographic czy Discovery Channel, którzy chcą zobaczyć krążące nad kamiennym wąwozem jastrzębie, orły i sępy. Eksploracja okolicy zajmuje parę dobrych godzin. Wąwóz pełen jest kamiennych totemów tzw. stup, na których Mongołowie składają dary dla bogów w postaci np. rogów kozic czy kości jaków. To prosta forma kamiennego ołtarza, na którego szczycie znajduje się najczęściej trójkątna, wielokolorowa flaga liturgiczna). Obszar ten posiada swój własny, specyficzny mikroklimat, który sprawia, że gruba warstwa lodu utrzymuje się w tym miejscu nawet w okresie letnim. W wąwozie pasą się jaki zwyczajne, krępej budowy zwierzęta z rodziny wołowatych reagujące na turystów dość alergicznie. Te płochliwe istoty znoszą niekorzystne warunki otoczenia, co sprawia, że są w stanie żyć w miejscu o ograniczonym potencjale żywnościowym i skrajnie niskich temperaturach rocznych. W wąwozie żyje jeszcze jeden ciekawy rodzaj zwierząt – szczekuszka – mały gryzoń o dużej zwinności i wyglądzie świnki morskiej. Przed wąwozem można nabyć świetne pamiątki w postaci kozich kopyt, ręcznie wykonanych szachów, kamiennych figurek czy akcesoriów do jazdy konnej.

Pamiątka z Doliny Sępów

Wydmy Khongoryn Els to jedna z najbardziej komercyjnych atrakcji Mongolii, ale nie trzeba obawiać się dzikich tłumów. Podróżując po Mongolii z plecakiem ma się stosunkowo niewiele możliwości poznania zagranicznych turystów, więc każda sposobność nawiązania kontaktu z przedstawicielem cywilizacji zachodnioeuropejskiej cieszy 🙂

Śpiewające Wydmy” swoją nazwę zawdzięczają dźwiękom, które wydostają się z ich wnętrza. Zjawisko śpiewających piasków jest znane i dotyczy obszarów pustynnych w różnych częściach świata. Najnowsze odkrycia naukowców potwierdzają, że dźwięk generowany jest przez ruch piasku na powierzchni wydmy, którego górne warstwy odbijają dźwięk w stronę wilgotniejszych partii piasku we wnętrzu wydmy. Efekt jest taki, że kładąc się na piasku, słyszy się przeraźliwe dudnienie i inne dziwne dźwięki rodem z zaświatów.  Wydmy mają 100 km długości, a w najwyższym punkcie wznoszą się na wysokość aż 300 metrów. To, co wydawało się dla mnie półgodzinnym spacerkiem, w rzeczywistości jest ponad godzinnym podejściem i finiszowaniem „na czworakach”. Ze szczytu idylliczny widok zielonych stepów Mongolii kontrastuje z surowym morzem piasku. Warto wejść na sam szczyt, bo widok klasyfikuje się do tych, których się nigdy nie zapomina.

W okolicy istnieje wiele popularnych ger-campingów, gdzie za 10-15 USD można przenocować w mongolskiej jurcie. Za podobną stawkę istnieje również możliwość przejechania się na dwugarbnym wielbłądzie. Gościna u miejscowych Mongołów to dobra okazja na obejrzenie zapasów miejscowych dzieciaczków, wspólną konsumpcję kumysu z autochtonami i udokumentowanie wnętrza jurty.

 

Szczekuszka – mały gryzoń, który żyje w stertach kamieni i jest szybki jak gepard

Baktrian czyli wielbłąd dwugarbny jest nieodłącznym symbolem gobijskiego krajobrazu

 

Zwyczaje i wierzenia Mongołów

Mimo że religią dominującą w Mongolii jest buddyzm tybetański (tzw. lamaizm), to wśród tradycyjnych mieszkańców wciąż mocno zakorzeniony jest szamanizm. Po całym kraju rozsiane są kamienne ołtarze, na których mieszkańcy składają dary w podzięce licząc na przychylność mocy sprawczej. Wyznawana religia, a także usposobienie mieszkańców, sprawia, że Mongolia jest krajem bardzo bezpiecznym. Jedynym miejscem, w którym można dostać „w$%#$#” jest Ułan Bator, ale to nieodłączna cecha każdej stolicy na świecie. Mongołowie żyją w głębokiej symbiozie z otaczającą ich przyrodą, którą czczą jako dobro narodowe. Nie można nie wspomnieć w tym miejscu o plemieniu Tsaatan, rdzennej społeczności koczowniczej żyjącej w regionie Dukha na północy kraju. To ostatnie w pełni koczownicze, tradycyjne plemię w Mongolii, które cechuje absolutnie niezwykła więź ze zwierzętami. Tsaatan utrzymują się praktycznie tylko i wyłącznie z turystyki, a ich populacja wynosi ok. 400 osób. Styl życia członków tej wspólnoty przetrwał tysiące lat w praktycznie niezmienionej formie, co świadczy o genialnym przystosowaniu tej małej grupy koczowniczej do trudnych warunków bytowych w tym regionie świata. Tsaatan żyją razem z reniferami, końmi, wilkami, a oswojone orły pomagają im w polowaniu. To jedno z tych miejsc w Mongolii, które trzeba zobaczyć. Nam zabrakło na to czasu, bo skupiliśmy na południowej części kraju, ale region Dukha znajduje się na naszej liście „must see”.

 

Stup, na których Mongołowie składają dary dla bogów w postaci np. rogów kozic czy kości jaków. To prosta forma kamiennego ołtarza, na którego szczycie znajduje się najczęściej trójkątna, wielokolorowa flaga liturgiczna).

 

Mongołowie lubią dużo pić, a alkoholizm w powszechnej opinii uważany jest za jeden z najpoważniejszych problemów zdrowia publicznego. Co ciekawe, nie pokazują tego oficjalne dane WTO dot. ilości konsumowanego alkoholu na świecie – Mongolia w tym zestawieniu od lat klasyfikuje się nieznacznie powyżej średniej światowej. W każdym razie Mongołowie, których poznaliśmy, dawali „ostro w kocioł”. Nie wspominając o Airagu, który Mongołowie piją prawie codziennie, lokalna wódka Czingis Chan jest również nieodłącznym elementem wyposażenia samochodu czy domowej spiżarni. Mongolscy towarzysze nauczyli nas specjalnego toastu, który polegał na trzykrotnym zamoczeniu palców dłoni w kieliszku/misce z alkoholem, a następnie strąceniu ich w trzech różnych kierunkach. Owa celebracja ma na celu okazanie szacunku wobec otaczającej przyrody. Mongołowie to gościnni ludzie, jeśli coś proponują, nie wypada odmówić – nawet gdyby był to tłusty kawałek gotowanej, nieprzyprawionej baraniny. Odmowa pojmowana jest powszechnie za brak szacunku wobec gospodarza, szczególnie w przypadku najtłustszego kawałka mięsa, który uważany powszechnie za kulinarny specjał.

Mongolia to kraj wielu obyczajów i obrządków, o których należy pamiętać przebywając w jurcie gospodarza. Jednym z nich jest sposób trzymania czaju (herbata dla Mongołów ma bardzo duże znaczenie i towarzyszy im w codziennej pracy) – miskę trzymamy dołu, a nie od górnej krawędzi. Czymś bardzo charakterystycznym, co sami zaobserwowaliśmy niejednokrotnie, jest sposób podawania czaju. Miskę przekazuje się współtowarzyszowi zawsze prawą ręką, a lewą przytrzymuje się prawy łokieć. Należy unikać wstawania podczas picia czaju lub innych napojów. Na stoliku często są cukierki lub inne słodycze. Mongołowie nie mówią do siebie przez próg drzwi, więc najlepiej wejść i porozmawiać z gospodarzem w środku. Ogólnie przyjęty zwyczaj głosi, że przy wejściu do jurty nie można nadepnąć na próg. Dlaczego? Tubylcy utożsamiają próg każdej jurty z elementem rozgraniczającym spokój domowego ogniska od pełnego zagrożeń i niewiadomych świata zewnętrznego.

 

W srebrnej misie wódka Czingis Chan, pita bez popitki na 2-3 łyki. W czerwonej misce coś na osłodę – lokalne faworki.

Chluśniem bo uśniem

 

Zapasy są dla Mongołów jednym z głównych sportów narodowych. Siłowanie się jest jak kopanie w piłę na szkolnym boisku, stałym elementem kultury mongolskiej i procesu socjalizacji. O tym jak ważny dla mongołów jest ten sport świadczy organizowany corocznie festiwal Naadam, który klasyfikowany jest do grona najważniejszych świąt państwowych!

Nazywany po mongolsku „Trzema męskimi grami” ma charakter antyfeministyczny, bo jego uczestnikami są praktycznie sami mężczyźni.  Głównymi konkurencjami sportowymi są zapasy, wyścig konny i łucznictwo. Najważniejsza uroczystość odbywa się oczywiście w Ułan Bator, ale mini-festiwale organizowane są również w stolicach poszczególnych ajmaków.

 

 

Elementem mongolskiej kultury są również konie, które dla Mongołów są bardzo ważne z kilku względów. Koń był od zawsze najpewniejszym środkiem transportu po rozległych stepach i bezludnych wyżynach. Jedną z sił napędowych mongolskiej armii za czasów jej największej świetności była właśnie konna jazda, która budziła postrach wśród podbijanych plemion.

Mongołowie przez lata wyćwiczyli perfekcję w konnej jeźdźcie za sprawą kultywowanych od dzieciństwa treningów. Koń dla mieszkańca Mongolii to nie tylko środek lokomocji, ale również źródło cennego mięsa i mleka, którego miejscowy lud używa do produkcji kumysu i różnych odmian sera.

 



  • Kolor nieba rzeczywiście zachwyca!
    A i kwestia mongolskiego bogactwa trochę mnie zdziwiła – i ja miałam w głowie obraz ubogiego, skromnego życia tego ludu 🙂

    • nawylocie

      Z tym bogactwem to trochę z przymrużeniem oka aczkolwiek i tak byliśmy mocno zszokowani poziomem życia niektórych Mongołów.

  • Black Moon

    Koleś połykający żabę czy jakiegoś robaka? Exit z tej stronki szybciutko. (jezuniu ile gówna w necie obecnie brr)

    • nawylocie

      Buziaki

Top