facebook instagram pinterest vimeo youtube

Dlaczego Mongołowie piją tyle alkoholu?

 

Zakrapiane powitanie na stepie. Mongołowie grzmocą ostro, często i do dna. O pitnym potencjale potomków Czyngis-chana przekonałem się na własnej skórze podróżując po tej krainie kilka lat temu. W Mongolii pojawiłem się po kilku dniach spędzonych w Kolei Transsyberyjskiej i paru dobach w syberyjskiej Buriacji. Paradoksalnie widok Mongoła pijącego wódkę ze szklanki i zaciągającego się zapachem pomidora, stał w kontraście do kadrów, które zapamiętałem na przykład z takiego Irkucka. Rosjanie przy Mongołach wypadali na romantycznych utracjuszy z południowych prowincji Andaluzji. W tym zestawieniu lud mongolski zdobył pałeczkę lidera w konkursie na największego moczymordę regionu.

Pierwsze godziny w Mongolii. Pamiętam, jak straszyli nas w Buriacji, że Mongołowie to niebezpieczny dziki lud, który lubi spić towarzyszy, a potem ich okraść. Zakładaliśmy więc dość rozważne stąpanie po nieznanym gruncie. Miało być bez alkoholu i w ogóle. Skończyło się jak zawsze 😀 Ten artykuł traktuje o patologiach alkoholowych w Mongolii. Dlaczego po upadku komuny kraj rozpił się niemiłosiernie, a alkoholizm jest jednym z powodów zahamowanego wzrostu gospodarczego kraju. Zakrapiana podróż po mongolskim stepie, bez upiększeń i słodkiego biadolenia. Portrety napotkanych Mongołów, z którymi los splótł nasze podróżowanie. Pikantne historie alkoholowe z Krainy Błękitnego Nieba.

 

Po rozpadzie komuny Mongołowie zaczęli “chlać”

Jedno jest pewne, jak dwa plus dwa to cztery: komuna rozpiła Mongołów. Badania Międzynarodowej Organizacji Zdrowia sprzed ponad dziesięciu lat nie napawały optymizmem, klasyfikując alkoholizm w Mongolii jako jeden z głównych hamulców rozwojowych tego kraju. Piewcy czerwonej zarazy ofiarowali narodowi mongolskiemu tanią i powszechnie dostępną gorzałę. Jak to musiało zadziałać na niewykształcony i zubożały lud, nie trudno się domyślać. Społeczeństwo rozpito.

Przekonaliśmy się o tym krótki czas po przyjeździe na miejsce. Alkohol towarzyszył nam od pierwszych godzin pobytu w Mongolii. Najczęściej wódka, ichniejsza narodowa Czyngis-chan, ale również piwo i airag. Czysta pojawiała się w odwiedzanych jurtach, domach mongolskich gospodarzy, hotelowym punkcie dla personelu, autobusach, bagażnikach samochodów biorących nas na stopa. Wszędzie. Pijaństwo było widoczne również w Ułan Bator, które słynie z demoralizowania młodych pokoleń potomków wielkiego imperatora. Wśród Mongołów funkcjonuje dość mocno przedświadczenie, że ten kto nie pije, ten frajer. Podobnie, jak w Polsce, alkohol jest jednym z honorowych gości podczas każdego świątecznego dnia. W internetach wyczytaliśmy, że “na kaca Mongołowie tradycyjnie spożywają marynowane gałki oczne owiec“, ale nie spotkaliśmy się z takim obyczajem podróżując po kraju. Kto wie, może to prawda? 🙂

 

Raport Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z 2016 roku ukazujący statystyki spożywanego alkoholu na terenie kraju. Na diagramie widać rosnący poziom konsumpcji alkoholu, a także większą popularność ciężkich alkoholi. Mongołom jednak daleko do nas – Polacy (wg raportu WHO z tego samego roku) piją średnio 10 litrów czystego alkoholu.

 

Sowieci wmówili Mongołom, że picie wódki jest zdrowe

Mało kto wie, ale pierwsza gorzelnia powstała w Mongolii dopiero w latach 50-tych ubiegłego wieku. O ile picie alkoholu w Polsce ma tradycje sięgające pierwszych wieków naszej ery, o tyle w Mongolii było zwalczane z urzędu. Tak było od czasów wielkiego imperatora Czyngis-chana, aż do momentu włączenia Mongolii siłą do radzieckiej strefy wpływów. Sowieci rozpili mongolskie społeczeństwo wmawiając mężczyznom, że wódka to kumys na miarę XX wieku, a ten kto nie pije, ten mięczak.

Wcześniej picie było zarezerwowane tylko dla dojrzałych mężczyzn, a woltaż sporządzanych mlecznych wywarów alkoholowych nie przekraczał 20%. Problem pijaństwa jest szczególnie dotkliwy, bowiem zarówno ludy azjatyckie, jak i afrykańskie upijają się znacznie szybciej od Europejczyków. Jest to uwarunkowane genetyką i brakiem odpowiedniej ilości biokatalizatora odpowiedzialnego za wchłanianie alkoholu.

 

Najwięcej punktów sprzedaży alkoholu na świecie

Na miejscu dowiedzieliśmy się, że na 270 Mongołów przypada jeden sklep z alkoholem. Jak się okazuje, najwięcej na świecie. Sklepy uginają się pod ilością dostępnego alkoholu, a półka z procentami cieszy się zawsze największym zainteresowaniem męskiej populacji kraju.

W tym miejscu mała ciekawostka. W Ułan Bator wprowadzono prohibicję w kupowaniu alkoholu, która obowiązuje w pierwszy i dwudziesty dzień każdego miesiąca. Alkohol nie jest wtedy sprzedawany w sklepach i barach. W niektórych dzielnicach stolicy obowiązują bardziej konserwatywne zasady i dzień wolny od alkoholu zdarza się tylko raz w tygodniu.

 

Nasz wycieczkowy kompan, francuski antropolog Pierre. Udzielił mu się pustynny klimat i postanowił uzupełnić zapasy H2O.

 

Jakiego alkoholu Mongołowie piją najwięcej?

Najczęściej konsumowanym alkoholem w Mongolii jest gorzała. Mongołowie mają swoją własną belwederską wersję czystej – kultowego Czyngis-chana. Można go kupić od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych za butlę, w kilku wersjach  – od pospolitej “codziennej” przez bardziej świąteczne, aż po lśniące złotem i Babilonem limitowane edycje. W 2016 r. ówczesny przewodniczący jednoizbowego parlamentu Mongolii p. Zandaakhuu Enkhbold rzekł pamiętnie, że “Mongolia produkuje teraz własną wódkę, i że jest ona lepsza niż ta rosyjska“. Czy lepsza, tutaj trzeba byłoby spytać o opinię ekspercką Ferdynanda Kiepskiego, ale na pewno równie często pita. Woltaż wody ognistej oscyluje w przedziale 36-40%.

Popularnie są również piwa, z których najpopularniejsze marki to Jalam Khar, Soeyolj czy Khar Khorum. Trzeba pamiętać, że Mongolia kocha Czyngis-chana podobnie, jak Macedonia swojego Aleksandra Wielkiego. Nie dziwi więc, że duża część produktów spożywczych, nazw firm, pubów i usług nazywana jest po prostu imieniem narodowego imperatora. Podobnie jest z piwem.

Mongołowie mają długą tradycję picia sfermentowanego końskiego mleka. Powszechnie uważa się, że tylko kumys jest napojem alkoholowym produkowanym ze sfermentowanego kobylego mleka. Tak, kumys zwany również airagiem to powszechnie pity niskoprocentowy trunek wyskokowy o woltażu ok. 3%, ale Mongołowie piją również arkhi lub shimni. To mocniejsza wersja kumysu o mocy 11-12%. W Mongolii, podobnie jak w Turkmenistanie i Kazachstanie, pije się rownież chal (shubat), czyli napój z fermentowanego mleka wielbłądziego. Cieszy się on, podobnie jak wielbłądzie mięso, o wiele mniejszym prestiżem.

 

Historia nr 1: żubrówka, czyli pierwszy kontakt z mongolskim ludem

Rozpocznę wspominanie mongolskiej tułaczki o historii poznania dwóch krępych towarzyszy lokalnego szczepu. Zatrzymali się, gdy w promieniach słońca wypatrywaliśmy naszej pierwszej autostopowej okazji. Pamiętam, że byliśmy bardzo zdziwieni, że zatrzymał się bogato wyposażony landcruiser z limitowanej edycji. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że część Mongołów zarabia stosunkowo niezłe pieniądze i zasadne jest w tym przypadku użycie stwierdzenia “fura, skóra i komóra“.

Spotkanie panów z poniższych zdjęć przeplata się z polskim wątkiem w tle. W trakcie kulturalnej libacji alkoholowej naszą uwagę zwrócił kryształowy kielon gospodarza, który mienił się w słońcu niczym pierścień Tuka Bilbo Bagginsa.   Siedząc na tylnim siedzeniu do naszych zmęczonych rosyjskim epizodem móżdżków docierały impulsy, że grawer na szkle powinien być znany potomkom wielkiej lechickiej cywilizacji. Po którymś z kolei chełście ognistej cieczy i okładzie z pomidora w końcu dotarło do nas, co się wydarzało. Oryginalny kielonek Żubrówki – prawie 8 tysięcy kilometrów od domu! Wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi, że Żubrówka została oficjalnie przejęta przez rosyjską firmę Russian Standard, no ale cóż, wówczas w głowie jawiło się prostolinijne zdanie: kurwa, toż to polska wóda jest!

 

Integracja w akompaniamencie mongolskiej berbeluchy, pomidorów, ogórków i błękitu nieba.

Mongołowie są dziwni, ale gościnni. Szczególnie starają się zaimponować przyjezdnym, a jeśli powie się im, że są pierwszymi osobami, które się spotkało w Mongolii, popadają w radosny obłęd! Ten Pan ze zdjęcia, którego imienia nie pamiętamy podobnie, jak nazwy wulkanu na Islandii, okazał się do rany przyłóż. Poił, serwował mięsne jadło, nawet nam kupił bilety autobusowe do Ułan Bator. W trakcie integracji zdążył się również kompletnie nawalić. Niemniej, okazał się bardzo pomocnym człowiekiem. Razem ze swoim ziomkiem kierowcą podwiózł nas grubo ponad 100 kilometrów.

Zdrowie Mongolii, naturalnej krainy! Haraszo!

 

Historia nr 2: mongolski Kim Dzong Un i jego królestwo

W drodze między Ułan Bator a Dalandzadgad spotkaliśmy kolejnych miłośników twardych alkoholi. Napotkani Mongołowie pozałatwiali swoje stołeczne interesy i kierowali się do rodzinnego miasteczka Mandalgowi, które z populacją ponad 12 tys. mieszkańców śmiało może aspirować do miana ważnego węzła urbanizacyjnego. Klasyczny Chinggis-chan polał się szybciej niż myśleliśmy. Tym razem zapitka była bardziej cywilizowana w formie mikstur współczesnej popkultury.

 

 

Pozwólcie, że nakreślę Wam pokrótce portrety napotkanych towarzyszy. Pierwszy z wąsem okazał się największym śmieszkiem i konsumującym największe ilości alkoholu.  Najmniejszy w porządnej błękitnej koszuli, Pan kierowca perłowej limuzyny, był człowiekiem najrozsądniejszym z całej trójki, jedynym władającym językiem angielskim w stopniu komunikatywnym. Jego brat został przez nas ochrzczony ksywką Kim Dzong-Una, gdyż na żywo do złudzenia przypominał północnokoreańskiego watażkę. Ta postać okazała się kluczowa dla całej historii. Po przejechaniu 200 kilometrów i obaleniu litrowej flaszki dotarliśmy do portu. Rozpoczął się wówczas prawdziwy koncert przechwalania, kto lepiej mieszka i kto ma ładniejszy dom. Najpierw trafiliśmy w odwiedziny do domu wąsatego Mongoła, które skończyły się awanturą i kłótnią małżeńską. Następnie zostaliśmy zaproszeni na airag do domu Kima. Mongolski gospodarz ugościł nas po królewsku – słodyczami, sfermentowanym końskim mlekiem i papierosem. Pokazał nam swój sztucer i z dumą przyznał, że jest świetnym myśliwym. Następnie zabrał nas na okoliczną górkę, gdzie lekko na rauszu oznajmił z pełnym patetyzmem: “to miasto należy do mnie, to moje miasto jest“.

Niestety nasze dalsze relacje zaczęły się pogarszać, gdy odmówiliśmy noclegu argumentując swoją decyzję chęcią biwakowania na stepie. Odrzucenie propozycji płatnej wycieczki na pustynię Gobi okazało się przysłowiowym gwoździem to trumny. Mongolski gospodarz obraził się do tego stopnia, że już nie zamienił z nami żadnego zdania. Jego brat odwiózł nas na step. Wrócił w nocy, zaproszony na piwko, ale przyjechał sam bez gospodarza. Ten wciąż chował do nas urazę.

 

Kumys u gospodarza w Mandalgowi będę wspominał z łezką w oku.

 

Historia nr 3: rytuał picia wódeczki w Jurcie

Jurta to święte miejsce Mongołów, jej układ i poszczególnie rozmieszczenie przedmiotów jest bezpośrednio związane z panującą kulturą i tradycjami. Pierwszy kontakt z jurtą mieliśmy w Parku Narodowym Gobi Gurwansajchan. Odwiedziliśmy małą osadę na stepie i tam po raz pierwszy mogliśmy przyjrzeć się z bliska wnętrzu geru. Pomieszczenie robi duże wrażenie i wydaje się bardzo przytulne. W zasadzie miejsca jest na tyle dużo, że wyobrażam sobie bytowanie na takiej przestrzeni z drugą osobą.

Zostaliśmy przywitani wódką.  Pierwszy raz w życiu piłem “kielonka” na trzy razy. Tyle białej śmierci buzowało w srebrnym półmisku. Cały ceremoniał spożycia alkoholu miał swój początek i koniec. Zaczęło się od oddania hołdu naturze i szeroko pojętej “Matce Ziemi” poprzez trzykrotne ochrzczenie przestrzeni po lewej, prawej i z przodu. Nie zapamiętałem dokładnej kolejności, ale za każdym razem gdy wznosiliśmy kielon w górę, ten rytuał się powtarzał. Półmisek oczywiście musiał zostać opróżniony od razu. Odmowa toastu byłaby potwarzą dla gospodarza. W mongolskim świecie samców rozpowszechniony jest pogląd, że prawdziwy facet powinien pić dużo alkoholu, aby udowodnić swoją męskość. To po pierwsze. Po drugie, na uprzejmości gospodarza trzeba zawsze reagować ochoczo! Wchodząc do jurty oczywiście staraliśmy się przestrzegać tradycyjnych mongolskich obyczajów. Nie nadepnęliśmy więc na prób (nadepnięcie wg Mongołów przynosi pecha), a w środku staraliśmy się poruszać zgodnie ze wskazówkami zegara.

 

No to siup! Widać po mordach, że mongolski destylat dokonał spustoszeń w naszych przełykach.

Rytualne grzmocenie wódeczki przez gospodarza

Tradycyjne drewniane wejście do geru

 

Historia nr 4: Dalanzadgad i pijaństwo na pustyni Gobi

Czwarta zakrapiana historia związana jest z kilkudniową eskapadą na pustynię Gobi. Zanim jednak ruszyliśmy do piaskowego imperium kontynentalnego interioru, mieliśmy czas na przyjrzenie się mieszkańcom miasta. Dalanzadgad to w skali Mongolii dość duży port komunikacyjny z własnym lotniskiem, usługami i przemysłem. Pierwsze spostrzeżenie po przyjeździe – sowietystan z nutą orientalizmu. Bloki-karły, ale z wielkiej płyty, uliczki naszpikowane sklepikami z alkoholem i spożywką. Na schodach, w bramach i na dziedzińcach lokalni mieszkańcy “delektujący się wolnym czasem”. Część z nich w towarzystwie butelczyny 🙂

Oczy przyjezdnego razi kontrast między bogatymi hotelami i sklepami, a szarą postradziecką architekturą. Główny rynek miasta to prawdziwy dziki zachód, klepisko na którym lokalni sprzedawcy handlują wszystkim, czym się da – od bielizny ala Marian Paździoch, przez kumys aż po mięso. W sklepach prawdziwą czcią darzone są półki z alkoholem. Nic nowego pomyśleliśmy, prawie, jak u nas w domu. W Polszy nad Wisłą, gdzieś na oko 8 tysięcy kilometrów na północny-zachód stąd.

 

 

W Dalan też polała się wódeczka, ale prawdziwa uczta królów miała dopiero nadejść. Jadąc na Gobi nastawialiśmy się na samotne błąkanie po cmentarzyskach dinozaurów. Los chciał jednak inaczej i w ostatni dzień u zboczy śpiewających wydm (Khongoryn Els) odbyła się zakrapiana feta. Wśród biesiadników znaleźli się kierowcy radzieckich maszyn, lokalni przewodnicy, koczownicy z okolicznych osad i my – reprezentanci innych cywilizacji. Tego dnia działy się rzeczy wielkie – od odśpiewania na baczność hymnu Wielkiej Lechii, przez dzikie pląsy do otępiałych odgłosów wydobywających się z boomboxa, po prześciganie się w coraz to bardziej oryginalnych toastach. Śmiechów nie było końca…

Rankiem wszyscy uczestnicy przyjęcia z nostalgią wspominali miniony wieczór. Ponoć to była największa wiksa pod wydmami w historii. Ponoć, bo wiadomo, jak uprzejmi są panowie przewodnicy. Niemniej, po raz kolejny sprawdziła się maksyma “czas życia krótki, kropnijmy wódki“.

 

Zakamarki Dalanzadgad, niespełna 20 tysięcznego miasteczka na południu kraju.

I jeeebuuuuuut Waldek, chluśniem bo uśpiem!

Daniel Król Administrator
Autor wpisu
Pan Król, bloger i miłośnik wschodnich krain. Orędownik podróży do krain nierozwiniętych turystycznie, aktywny uczestnik życia społeczno-politycznego; człowiek interesu na miarę XXI wieku. Zwolennik klasycznych podróży z plecakiem. Kolekcjoner winyli i pamiątek ze świata. Beergeek. Tester sprzętu noktowizyjnego.
follow me


Top