facebook instagram pinterest vimeo youtube

Sardynia, czyli poznaj Włochy od innej strony

Lipiec 2017 r. to w naszym kalendarzu szczególny okres i jeden z piękniejszych momentów wspólnej koegzystencji. Szczególne wydarzenie zaślubin należało uczcić piękną podróżą poślubną. Po wielomiesięcznych przygotowaniach, stresie i natłoku codziennych obowiązków, uznaliśmy, że należą nam się prawdziwe wakacje. Szukając pewnej pogody, kameralności, pięknych plaż i krajobrazów, wybraliśmy ostatecznie Sardynię. Wyspa ta była dla nas tajemnicą. Sądziliśmy wówczas, że to taka brzydsza siostra Sycylii, na której jest ładnie, ale nic szczególnego się nie dzieje.

Cóż to była za potworna ignorancja! Podróż zweryfikowała nasze wcześniejsze przypuszczenia, które okazały się całkowicie nieuzasadnione. Jeśli jesteście ciekawi, dlaczego Sardynia trafiła na stałe do naszych wyspiarskich kierunków marzeń, zapraszamy do lektury. Relację stworzyliśmy, aby utrwalić dla potomnych szczęście, które nas wtedy przepełniało. Jest to również mały apel w Waszym kierunku – jeśli szukacie miejsca, w którym możecie być szczęśliwi, ta wyspa jest jednym z takich miejsc. Pełna kwiatowych aromatów, śródziemnomorskich smaków i czasu, który płynie w niewytłumaczalnie leniwym tempie.

 

Lądujemy w Cagliari, czyli co robić w stolicy Sardynii

 

W Cagliari wylądowaliśmy dość późno, bo po północy. Obładowani bagażami (to jest standard – zawsze wyglądamy jak wschodnioeuropejscy imigranci ekonomiczni), ulokowaliśmy się w górnej części zabytkowej stolicy na Via Dei Genovesi 56. Lokalizacja naszego miniapartamentu okazała się strzałem w dziesiątkę – kilka minut pieszo oddalone były atrakcje takie jak Torre dell’Elefante czy platforma widokowa na styku Via Corte i Via Santa Corte. Jeśli to będzie Wasz pierwszy raz w Sardynii, w pobliskim Caffè Libarium Nostrum można przetestować smak najpopularniejszego piwka na wyspie – Ichnusy. Wersja niefiltrowana (Non Filtrata) smakuje iście wspaniale i wyróżnia się na tle dość słabych włoskich trunków tego typu.

Cagliari to największe na wyspie (157 tys. osób) miasto portowe, a także nieformalna stolica tego włoskiego terytorium. Co ciekawe, jest to jeden z 30 największych ośrodków miejskich we Włoszech pod względem generowanych obrotów. O tym, że miasto się rozwija, świadczy m.in. obecność fabryk produkcyjnych znanych koncernów, takich jak Coca Cola czy Heineken. Bardzo ciekawym elementem krajobrazu miejskiego jest jego zabudowa – kolonialna, sentymentalna, generująca atmosferę nostalgii i zadumy. Jest ona szczególnie odczuwalna, gdy spojrzy się od strony głównego portu na reprezentatywną ulicę Via Roma. Wyobraźnia zaczyna pracować. Patrząc od drugiej strony, widząc port i Morze Śródziemne, nie sposób nie cofnąć się w czasie i nie wyobrazić sobie przypływających do brzegu karaweli i galeonów. Klimat tego miejsca sprawia, że warto zatrzymać się w nim na dłuższy moment.

 

 

Gdzie spać w Cagliari? Sprawdź propozycje naszych noclegów w mieście.

 

Studio Genovesi to uroczy miniapartament ukryty w labirycie wąskich uliczek górnej części miasta. Zachwyca położenie i dostępność okolicznych atrakcji.

Saturno house Cagliari Center to kolejna konkurencyjna cenowo propozycja noclegowa. Na plus bliskość portu i dwupoziomowe, czyste mieszkanie.

 

W Cagliari spędziliśmy łącznie trzy dni. Naszym zdaniem wystarczająco długo, aby na spokojnie pospacerować po mieście, zwiedzić jego największe atrakcje, kupić lokalne pamiątki i przetestować kulinarną mapę miasta. Stolica Sardynii nie powaliła nas na kolana mimo, że jest to bardzo przyjemne włoskie miasteczko. Tylko, że takich miasteczek w słonecznej Italii jest dość dużo. Na uznanie zasługuje życie towarzysko-kulturalne stolicy, które tętni wśród wąskich uliczek starej części miasta. Można tu zacząć przygodę ze wspaniałymi sardyńskimi przysmakami pokroju sera Pecorino czy dań z królika.

Nie będziemy się rozpisywać na temat atrakcji architektonicznych – warto jednak wiedzieć, że jest ich sporo, bo historia Cagliari sięga VII w. p.n.e. Jako była kolonia fenicka, a następnie kartagińska, miasto przez wieki kształtowało swój aktualny charakter i styl. Naszym zdaniem na szczególną uwagę zasługuje Monte Urpinu, miejski park na wzgórzu, z którego rozpościera się piękna panorama na miasto i Golfo degli Angeli. Co ciekawe, własność komunalna tego miejsca jest tylko częściowa, bowiem część wzgórza jest wykorzystywana jako kamieniołom. Druga podczas zimnej wojny pełniła funkcję bazy wojskowej.

 

Najlepsze knajpy w Cagliari. Sprawdźcie, gdzie warto zajrzeć będąc w mieście.

 

Caffè Libarium Nostrum – mała włoska kawiarenka z pięknym tarasem widokowym.

Hop Corner – dla wszystkich lubiących dobre piwo i burgery.

Na Via Napoli znajduje się absolutnie warta odwiedzenia Ristorante Sa Schironada.

 

Cagliari stanowi dobrą bazą wypadową do okolicznych atrakcji – pięknego wybrzeża Costa Rei, dziewiczej plaży Chia/Su Giudeu Beach czy ruin fenickiej kolonii w Nora. Tanie linie lotnicze oferują bezpośrednie połączenie na odcinku Kraków-Cagliari, a ceny biletów kształtują się bardzo konkurencyjnie. Za 4-6 stówek można polecieć parą w obie strony.

Swoją przygodę z Sardynią zaczniecie najprawdopodobniej od Cagliari lub Alghero. My rozpoczęliśmy przygodę od stolicy i z tego punktu na mapie wyruszyliśmy, pokonując kolejno wysepkę Sant’ Antocio, zachodnie wybrzeże, Alghero i Sassari, aż po wschodnie wybrzeże i przepiękne Costa Rei. W sprawnym zwiedzaniu wyspy pomaga wynajęty samochód. W Caghliari polecamy firmę Hertz, której siedziba mieści się w dzielnicy portowej na Piazza Giacomo Matteotti, 8. Nie wymagają depozytu, ceny mają znośne, ale przede wszystkim są bardzo elastyczni przy ewentualnej zmianie liczby dni wynajmu pojazdu. Wystarczy zadzwonić na numer z wizytówki przyznanego opiekuna, aby załatwić wszystkie formalności. Co ważne, pracownicy tego oddziału Hertza są bardzo liberalni w kwestii stanu oddawanego samochodu. Oczywiście oddanie samochodu tuż po dachowaniu nie przejdzie, ale rysy i zabrudzenia nie generują problemów.

 

Okolice Cagliari, czyli co warto zobaczyć.

 

Wybrzeże Costa Rei – jedne z piękniejszych plaż w Europie

Molentargius Saline Regional Park – miejsce, w którym na własne oczy zobaczysz flamingi.

Dziewicza Chia Beach to jedna z najbardziej dziewiczych plaż w regionie.

 

 

Wyspa Sant’Antocio – kraina flamingów i dzikich plaż

Sant’Antioco to mała wysepka połączona z Sardynią drogą lądową, ciągnącą się wśród rozlewisk, na których można zobaczyć różowiótkie flamingi. Największą miejscowością tego małego skrawka lądu jest miasto o tej samej nazwie  – Sant’Antocio, charakteryzujące się niską zabudową, wąskimi uliczkami oraz kameralnym portem. Główna promenada zmienia się wieczorami w pełen restauracji i sklepików tętniący życiem deptak. Nam najbardziej spodobał się plac, który w sezonie staje się areną zmagań lokalnych artystów i muzyków.

Ważnym portowym miasteczkiem wartym zobaczenia jest Calasetta, której symbolem jest rozpoznawalna, średniowieczna wieża. Ponadto Sant’Antocio ma do zaoferowania piękne i wciąż dzikie plaże, z której najbardziej polecamy Cala Lungę – małą zatoczkę z reagge barem, gdzie w dość małym gronie spędziliśmy dwa dni plażingu. Warto odwiedzić Browar Rubiu na obrzeżach miasteczka Sant’Antocio. Restauracja serwuje wyśmienite sardyńskie antipasti, a lokalnie rozlewane piwo smakuje świetnie.

 

 

Gdzie plażować na Sant’Antocio?

Na wyspie jest o wiele mniej turystów niż w pozostałych częściach południowej Sardynii. Byliśmy na miejscu początkiem lipca, w szczycie sezonu, a wiele miejsc świeciło pustkami. Na Sant’Antocio można plażować na kameralnych plażach. Plaża Coacuaddus jest jedną z największych na wyspie, a jej nazwę można przetłumaczyć na “koński ogon”. Jest to odniesienie do falistego kształtu wybrzeża w tej części wyspy. Z kolei z plaży Malaxdroxia rozpościera się piękny widok na wschodnie wybrzeże Zatoki Palmas. Polecamy Wam serdecznie Turri, gdzie znajdują się pozostałości Hiszpańskiej Wieży.

Całkiem fajną i kameralną plażą jest również Cala Sapone. Generalnie pobyt w tym miejscu można potraktować jako sanatoryjną rekonwalescencję, bo domeną wysepki jest leniwie płynący czas i dziewiczy charakter flory i fauny.

 

Piwo Ichnusa to piwny flagowiec Sardynii. Jako gość, który przykłada dużą wagę do piwnych etykiet, muszę swierdzić, że piwko Ichnusa wygląda bardzo ładnie. Jak smakuje? Podstawowa wersja (ta na zdjęciu) jak każdy international lager, ale Ichnusa Non Filtrata w mniejszej, wyjątkowo oryginalnej butelce, jest bardzo dobre!

Spokojny bulwar Sant’ Antioco to dobre miejsce na leniwy, popołudniowy spacer. Wieczorami okoliczny plac i ulicę Lungomare Cristoforo Colombo wypełnia muzyka na żywo i aromaty włoskich dań.

Pierwsze zdjęcie przedstawia nurag, jeden z wielu kamiennych budowli wzniesionych na Sardynii przez Nuragijczyków. To symbol rozpoznawczy Sardynii – obiekty tego typu występują tylko na tej wyspie. Po prawej wspaniała panorama na Spiaggia di Capo Sperone na wysepce Sant’Antocio.

Popularne na Sardynii ceramiczne zdobienia prywatnych domów.

Śródziemnomorska zabudowa miasteczka Calasetta

 

Zachodnie wybrzeże Sardynii: Iglesias, Oristano, Bosa, muzeum noży w Arbus

 

Południowa część zachodniego wybrzeża Sardynii zaczyna się od prowincji Carbonia-Iglesias, w której jak sama nazwa wskazuje,  znajduje się historyczny ośrodek wydobycia węgla kamiennego i brunatnego.  Przejechaliśmy ten region dość dokładnie mu się przyglądając. Śmiało można pomknąć dalej – Carbonia jest włoskim miastem przemysłowym bez większych atrakcji w okolicy. Inaczej prezentuje się Iglesias – miasteczko pełne urokliwych i pięknie zdobionych wąskich uliczek.

Aktualna nazwa miasta “Iglesias” pochodzi z XIV wieku i w języku kastylijskim oznacza “Kościoły”. Zabytkowy charakter miasteczka powinien się Wam spodobać. My zatrzymaliśmy się w tym miejscu na godzinkę, kupując magnesy w lokalnym sklepiku z pamiątkami i zaliczając małą rundkę po starówce. W odległości 20 km od miasteczka znajduje się popularna Pan di Zucchero (Concali su Terràinu), czyli skała wynurzająca się z głębin Morza Śródziemnego.

 

Miejska dekoracja charakterystyczna dla miasteczka Iglesias.

Iglesias - zabytkowe miasteczko Sardynii

Kapitalnie zdobione kamieniczki to cecha charakterystyczna Iglesias.

 

Kolejnym wartym uwagi punktem na trasie zachodniego wybrzeża jest miasteczko Arbus. Na Via Roma 15 znajduje się bardzo ciekawe miejsce lokalnego rzemiosła – sardyńskie muzeum noży. Obiekt ten jest własnością rzemieślnika Paolo Pusceddu i jest zbiorem noży oraz prac malarskich. Odwiedzający może zobaczyć przedmioty z epoki starożytnej, ostrza z XVI wieku, ale również aktualnie produkowane noże artystyczne o różnych kolorach, kształtach i formach. Muzeum otwarte jest od poniedziałku do piątku (9:00 – 12:00 – 16:00 – 20:00), a także w sobotę (9:00 – 12:00). W niedzielę do muzeum można odwiedzić tylko za zgodą właściciela.

Wielowiekowa tradycja wytwarzania noży jest istotna dla mieszkańców wyspy, dla których nóż jest wciąż niezbędnym narzędziem do polowania i przygotowywania potraw. Wielu Sardyńczyków nosi nóż przy sobie i uważa go za niezbędne narzędzie do codziennego użytku. Więcej na temat przeczytacie w relacji: 12 faktów o Sardynii, które mogą Was zaskoczyć

 

 

W odległości 20 km od Arbus znajduje się warta polecenia atrakcja – Piscinas nazywana sardyńską pustynią. To najwyższe w Europie wydmy, które wznoszą się na wysokości do 60 metrów. Imponują zastane na miejscu kontrasty – bijący z morza turkus, wypisany na niebie błękit i złoty kolor gigantycznych mas piasku. Miejscówka jest zacna, zwłaszcza, że prowadzi do niej bardzo urokliwa trasa. Początkowo przez górskie serpentyny, a następnie przez krajobraz typowo półpustynny.

Po drodze mija się liczne gaje oliwne i Montevecchio – nieczynną od prawie 30 lat kopalnie galeny i sfalerytów.

 

Spiaggia di Piscinas znajduje się w odległości 40 minut jazdy samochodem od miasteczka Arbus.

 

Wojaże po zachodzie wyspy wstrzymaliśmy w miejscowości Oristano, która okazała się naszym punktem noclegowym. Z perspektywy czasu wiemy, że nie był to najlepszy wybór. Miasteczko samo w sobie jest przeciętne i nie oferuje większych atrakcji. Nie skłamiemy jeśli powiemy Wam, że był to najnudniejszy moment wyprawy. Żałowaliśmy, że nie pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów dalej w kierunku Alghero do pięknej i klimatycznej Bosy. By the way – rozważcie ten plan będąc na miejscu 🙂

Na uwagę zasługują dwie z knajpek w Oristano, które mieliśmy przyjemność przetestować. Pierwszą z nich jest Brix Birella – mały lokal na Via de Castro 24, w którym serwują włoskie piwka rzemieślnicze i wspaniałe wyspiarskie antipasti. Polecamy Wam go serdecznie. Jak już drożdże i chmiel zaczną działać, pod numerem 34 na tej samej uliczce mieści się polecana Ristorante Craf Da Banana. Wspaniała kuchnia i bardzo przyjemna lokalizacja. Zjedliśmy sardyńskie przysmaki, tak jak lubimy – w tłocznym i gwarnym ogródku na zewnątrz.

Będąc w Oristano warto zobaczyć Torre di san Giovanni, czyli wieżę obronną z przełomu XVI i XVII wieku. Budowlę wzniesiono z inicjatywy Korony Hiszpanii w celu ochrony wybrzeża Sinis Cabras przed łupieżczymi atakami ze strony piratów i korsarzy. Wstęp jest bezpłatny. Poniżej wzgórza znajdują się ruiny Tharros, fenickiej osady z VIII w. p.n.e. Tutaj za wstęp trzeba już zapłacić 10 euro. Można przycebulić i porobić fotki tej atrakcji z wyżej położonej wieży 😀

 

Oristano to miasto kontrolowane przez koty. Na każdym kroku i w każdej uliczce można natknąć się na takich kocich gangsterów jak ten z powyższej kliszy. Zdecydowanie to miasto dla kociarzy.

Mały secik na rozgrzewkę w Brix Birella (Oristano).

 

Bosa to kolejne sardyńskie miasteczko na zachodnim wybrzeżu, które można śmiało odwiedzić. Miasto wyróżnia się na tle innych kolorową zabudową położoną nad brzegami rzeki Temo i górującym nad miastem zamkiem rodziny Malaspina. Warto zapłacić 4 EUR za bilet i z murów tego dobrze zachowanego obiektu podziwiać panoramę miasta.

Na nas duże wrażenie zrobiły wąskie uliczki miasta, pięknie zdobione kolorowymi wstążkami i liturgicznymi ozdobami. Kierując się do Alghero z Caghliari naprawdę warto wpaść na kawę do tej fenickiej osady. A jak wygląda Bosa dziś, sprawdźcie sami:

 

 

Alghero, czyli witamy w małej Barcelonie

 

W prowincji Sassari znajduje się 40 tys. miasteczko, które nie bez powodu nazywane jest mała Barceloną. Jest to związane z tym, że 1/4 mieszkańców mówi po katalońsku. W Alghero wciąż żywe są wpływy dynastii katalońskiej i aragońskiej. Aby zrozumieć, dlaczego tak jest, trzeba porozmawiać z matką wszystkich nauk – historią. Początki wpływów katalońskich datowane są na XIV wiek i korespondują bezpośrednio z działalnością króla Pietro IV, który słynął ze swoim imperialnych ciągotek. To za jego sprawą podbitą Sardynię zasiedlili Katalończycy, których duch najdłużej przetrwał właśnie w Alghero.

Popularna „Barcelonka” pod wpływem katalońskim pozostawała aż do 1700 r., kiedy region ten przejęła przejęła wpływowa włoska rodzina Savoy. Miasto w obecnym kształcie jest wyjątkowo urokliwe.  Już sama lokalizacja naszego hostelu przywołała nam wspomnienia słynnego barcelońskiego parku de la Ciutadella.  To portowe miasteczko z zabytkowymi murami obronnymi jest pełnym życia ośrodkiem turystycznym, do którego zjeżdżają corocznie tłumy turystów. Jest ich (odczuwalnie) więcej niż w Cagliari, co na pewno wiąże się z dostępnością wielu popularnych atrakcji w tej części wyspy.

Sardyński piwo Ichnusa w wersji Non Filtrata jest naprawdę dobrym, jak na południowe klimaty, piwkiem.

Ufortyfikowane mury ciągną się wzdłuż morza wraz z ogromnymi katapultami rozmieszczonymi w różnych zakątkach zabytkowej fortyfikacji. W zamierzchłych czasach miejsce to było trudne do zdobycia ze względu na rozwinięty system obronny, który skutecznie odstraszał najeźdźców z odległych krain. Wzdłuż muru obronnego ciągnie się promenada knajp, w których uraczyć można przepysznej lokalnej kuchni. Potrawy serwowane w Alghero zachowały swój kataloński charakter i opierają się w dużej mierze na świeżych owocach morza. Z pięknie przystrojonych stolików unoszą się zapachy śródziemnomorskich dań regionu, takich jak sardyński makaron Malloreddus ze świeżym pesto i posypką z botargi, czyli suszonej ikry np. z tuńczyka. Na zagryzkę w formie antipiasti mieni się lokalny specjał, czyli chrupiący chlebek Carasau. Dostaje się go do prawie każdej zamawianej pozycji z menu. Mimo, że sam w sobie nie ma smaku, to ma w sobie ten sam narkotyk, co słonecznik czy prażone orzeszki. Nie można przestać go jeść! 😀 Na osłodę warto spróbować przepyszną Mirto di Sardegna, czyli nalewka z owoców mirtu. Nam bardzo przypadł do gustu drink Aperol Spritz, który popijaliśmy codziennie w promieniach lipcowego słońca. To mieszanka wody, Proceso i Aperolu.

Wędrówka po starym mieście to prawdziwa przyjemność. Wybrukowane uliczki są pełne sklepików z pamiątkami, rzemieślniczymi wyrobami i małymi ristorante. Żeby Was nie skłamać – przeszliśmy “starówkę” z kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Jest stosunkowo mała, ale łatwo się zgubić pośród identycznie wyglądających, krętych zakamarków. Poza tym, cały czas coś się dzieje, potwierdzając tylko pozytywne opinie o tym miejscu, że Alghero to miasto, które żyje! 😀

 

Knajpy w Alghero, które warto odwiedzić

 

Andegras Ristorante – bardzo dobre owoce morza, świetna lokalizacja na murach, widoki marzenie.

Galleria – taką portową knajpę moglibyśmy mieć. Sympatyczny właściciel, nasz stały checkpoint na Aperole i Inchuzę.

L’atra Vineria – właściciel Luca chwali się, że jest beergeekiem i robi swoje piwo. Na głośnikach Dire Straits. Warto

 

 

Nadmorskie krajobrazy w drodze do Groty Neptuna

W odległości 35 kilometrów od Alghero znajduje się jedna z największych atrakcji prowincji Sassari – Grota Neptuna. Jaskinia została odkryta przez miejscowych rybaków w XVIII wieku i od tego czasu stała się popularną atrakcją turystyczną. Musimy przyznać, że dojście do tego miejsca nie należy do najprostszych. Wejście do groty znajduje się na wysokości 1 m. n.p.m. u podnóży 110-metrowych klifów Capo Caccia. Oznacza to, że jaskinię można zwiedzać tylko wtedy, gdy poziom wody utrzymuje się na bezpiecznym poziomie. Do groty dopłynąć można łodzią z portu w Alghero lub dojechać samochodem do parkingu przy kasach biletowych i odbyć długą drogę po skalnych schodach. Zaliczyliśmy tę tułaczkę w promieniach lipcowego słońca…w południe. Temperatura odczuwalna rodem z pustyni Namib – 1,5 l wody na głowę to minimum! Nie zapomnijcie o tym, bowiem na miejscu w lecie jest kosmicznie gorąco – jest bezwietrznie, a skały dodatkowo podgrzewają temperaturę otoczenia.

 

Wycieczki do Groty Neptuna organizowane są w systemie godzinnym (1 tura, co godzinę), ale w sezonie wiosenno-jesiennym odbywają się rzadziej. Pobliskie klify kryją w sobie inne zjawiskowe jaskinie takie jak Zielona Grota i Grotta di Ricami, która jest dostępna tylko od strony morza.  Morskie szczeliny to raj dla miłośników nurkowania, a wyspiarską mekką dla sympatyków tej dyscypliny jest Jaskinia Nereo – odwiedzana corocznie przez tysiące nurków z całego świata. Szacuje się, że system jaskiń ma łączną długość ponad 4 kilometrów, a zaledwie kilkaset metrów jest dostępnych dla turystów.

Bilet wstępu kosztuje 15 EUR od osoby. Czy warto? Tak, ale dobrze wybrać mało popularna porę dnia/roku, aby uniknąć mas zwiedzających, którzy psują atmosferę i uniemożliwiają robienie zdjęć/poczucie klimatu tego miejsca. W godzinach szczytu wygląda to tak, że przez 40 minut idzie się gęsiego, pani przewodnik wciąż pogadania, a do sfotografowania najbardziej imponujących formacji skalnych trzeba czekać w długiej kolejce. Gdybyśmy mogli cofnąć czas, zeszlibyśmy po schodach do groty i wrócili na górę bez płacenia za wstęp do wewnątrz jaskini. Trasa po schodkach wydała nam się znacznie bardziej urokliwa niż sama grota.

 

Odwiedzamy browar P3 Brewing Company w Sassari

Pomysł udania się do Sassari zrodził się w Alghero, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy się z piwkami P3 Brewing Company. Uznaliśmy, że jako młode beer-geekowe małżeństwo, musimy udać się na miejsce kupić kilka sztosów do Polski.

Sassari nie jest miastem szczególnie często odwiedzanym przez turystów z uwagi na brak dostępu do morza i stosunkowo słabo rozwiniętą infrastrukturę noclegową. To miasto typowo usługowe, gdzie Sardyńczycy dobijają interesów. Niemniej, wszystkim lubiącym piwo polecamy odwiedzić to miejsce, bo poza browarem P3, znaleźć można 2-3 sklepy z chmielowymi wyrobami.

 

Str. 32, 07100 Sassari SS, Włochy – pod tym adresem mieści się siedziba browaru. Na miejscu kupić można ładnie pakowane czteropaki piwa 0,6 l.

 

Droga z Orosei do Muravery. Wybrzeże Costa Rei

 

Po 3 dniach spędzonych w Alghero ruszyliśmy na wschodnie wybrzeże do miejscowości Orosei. Jeśli poruszacie się samochodem, musicie wiedzieć, że dojazd z Alghero do Orosei zajmuje realnie 3-4 godziny z przystankami i zgubieniem się po drodze. Przez dłuższą cześć trasy jedzie się drogą szybkiego ruchu E25 i SS129. To małe miasteczko przez wielu traktowane jest jako baza wypadowa do okolicznych atrakcji, takich jak Is Arutas (lazurowej plaży pokrytej kryształkami kwarcu) czy nadmorskiej osady Cala Gonone, gdzie znajduje się kultowa Grotta del Bue Marino.

Orosei to leniwe i spokojnie, śródziemnomorskie miasteczko. Warto pospacerować między ciasnymi uliczkami, gdzie na każdym kroku pojawia się idealny kadr na wakacyjne zdjęcie. Kolorowe rowery, skrzynki z przyprawami, kolorowe futryny i zabytkowe kapliczki. Klimat jakiego oczekiwaliśmy po wyspiarskiej osadzie tego typu. Zresztą zobaczcie sami:

 

 

Po Orosei pokręciliśmy się kilka godzin w poszukiwaniu noclegu. Organizacja ślubu pochłonęła nas do tego stopnia, że praktycznie nasz cały wymarzony honeymoon był organizowany spontanicznie na miejscu. W Orosei w pierwszym tygodniu lipca większość obiektów była zarezerwowana, a te które miały jeszcze wolne pokoje, oferowały kosmiczne ceny. Zdecydowaliśmy się w końcu na Camping Sa Prama, którzy znajduje się 12 km od Orosei w sąsiedztwie dziewiczego Parku Narodowego Gennargentu. Był to dobry pomysł, bo po pierwsze trochę przyoszczędziliśmy (zapłaciliśmy za mały domek dwupokojowy z kibelkiem 40 euro), a po drugie mieliśmy kimę praktycznie na plaży. W rejonie miasteczka jest całkiem sporo kempingów, także jeśli nie chcecie przepłacać i nie zależy Wam na super warunkach, sprawdźcie ten link: Lista kempingów na Sardynii. Gdzie spać?

Jest tylko jedno miejsce na Sardynii o tak specyficznym krajobrazie – lazurowym wybrzeżu pełnym dzikich piaszczystych plaż na tle wysokich klifów gór. Zatoka Orosei oferuje przyjezdnym flagowy zestaw plaż, takich jak Cala Luna, Cala Sisine czy Cala Mariolu. Obiektywnie są to jedne z najładniejszych plaż na Starym Kontynencie. Z miejscem tym konkurować może jeszcze wybrzeże Costa Smeralda na północnym-wschodzie wyspy i osławiony pas wybrzeża Costa Rei na południowym-wschodzie.

Dzikie osiołki napotkane na szutrowej drodze gdzieś między Dorgali a Muravarą.

Z Orosei ruszyliśmy w kierunku Costa Rei piękną, górską, krętą drogą. Poruszanie się samochodem wzdłuż wschodniego wybrzeża stwarza możliwość na zarejestrowanie znakomitych landszaftów i obserwowania dzikich zwierząt, takich jak osły, kozy czy muflony. W tym miejscu warto przypomnieć, że Sardynia jest jedynym regionem we Włoszech, który nie posiada autostrady. Kameralny klimat wyspy sprawia, że zwierzęta czują się w tym miejscu bardzo swobodnie. Na wyspie jest znacznie więcej owiec niż ludzi, może dlatego zwierzęta traktowane są przez mieszkańców jak pełnoprawni uczestnicy ruchu drogowego (Przeczytaj nasz wpis: 12 faktów o Sardynii, które mogą Cię zaskoczyć!). W drodze do Muravery mijaliśmy Dorgali, małą osadę górską, która jest pięknie położona na tle masywu górskiego Monte Tuttavista (806 m. n.p.m.) położonego w dolinie Cedrino. Okolica słynie z lokalnej kuchni i wyrobów rzemieślniczych, takich jak skóra, tkactwo i ceramika. Miasteczko przepełnione jest gwarem lokalnych przysmaków – mięs, serów, oliwek, chleba i znanego na całej wyspie czerwonego wina Dorgali. To również świetna baza wypadowa do okolicznych grot i jaskiń, a także bezludnych zatoczek i plaż.

Jak już wiecie, nasz sardyński trip był organizowany dość spontanicznie i często szukaliśmy fajnych miejscówek z poziomu samochodu – mąż prowadził, a żona googlowała 🙂  Tym samym wpadliśmy na irracjonalny plan odwiedzenia plaży Cala Galone od strony lądu, przedzierając się przez górski masyw Gennargentu. Odbiliśmy od drogi SS125 i nasz szutrowy rajd Pandą trwał mniej więcej godzinę. W między czasie spotkaliśmy grupkę Szwajcarów, którzy podążali w to samo miejsce co my. Nie mieli jednak na sobie japonek i 2 butelek wody, a pełne wyposażenie trekkingowe. Okazało się bowiem, że wyprawa na wybrzeże w tym miejscu to kilkugodzinna piesza wędrówka przez klify (4-5 godzin w jedną stronę!). Nie ziścił się więc plan odwiedzenie przewodnikowych ujęć odizolowanych od masowej turystyki zatoczek. Jeśli wybieracie się na Sardynię, rozważcie taką wycieczkę z opcją spania w śpiworze na plaży. Wizja wschodu słońca w tym miejscu wydaje się co najmniej pociągająca 🙂

Wzdłuż drogi S125 znajduje się wiele opuszczonych budynków, kapliczek, pozostałości kamiennej zabudowy. Droga jest pełna serpentyn i piętrzy się wraz z pokonywanymi kilometrami. Momentami nasza Panda poruszała się z prędkością 20 km/h, a przystanki na skalnych platformach widokowych stawały się coraz częstsze. Niemniej, ten odcinek wschodniego wybrzeża (Orosei-Muravera) uważamy za nasze krajobrazowe TOP 3 na Sardynii tuż obok trasy widokowej Bosa-Alghero i okolic Groty Neptuna.

 

Jeden z przystanków na trasie do Muravery

 

Naszą ostatnią bazą noclegową na wschodnim wybrzeżu okazała się Muravera – z przypadku, spontanicznie, bez większego zastanowienia. Miasteczko, jak sama nazwa sugeruje, słynie ze sztuki ulicznej, tzw. murali, które zdobią większość krętych uliczek. Street art nawiązuje do kultury sardyńskiej, życia mieszkańców wyspy i ich codziennych obowiązków. Najsłynniejszych obiektem architektury w mieście jest Portico Petretto – znakomicie zachowany kamienny łuk z XVII wieku. Piękna w swej prostocie konstrukcja jest warta odwiedzenia podczas spaceru po brukowanych uliczkach centrum miasta i dla pamiątkowego zdjęcia!

Szczerze mówiąc, w samej Muraverze nie ma co robić. Miasto jest senne, mało turystyczne (byliśmy w okolicach 10 lipca), stanowi za to świetną bazę wypadową do okolicznych atrakcji. Wybrzeże pełne jest plaż, których łącznie jest z kilkadziesiąt. Od właścicielki hostelu Luna&Limoni Town (polecamy, ceny średnie, ale zakwaterowanie na poziomie) otrzymaliśmy mapę wybrzeża z zaznaczonymi plażami. Odwiedziliśmy bardzo spokojną i dziką Murtas Beach, która okazała się pełna wysuszonych glonów i alg morskich. W Muraverze mieliśmy mały epizod, dla którego warto było przyjechać do tego miejsca. Dość przypadkowo trafiliśmy do jednej z lokalnych tawern, która oferowała na dziedzińcu sardyńskie antipasti, wino, a także pokaz lokalnego rękodzieła i obrazów mieszkającej w miasteczku, nieco stukniętej artystki. Niestety nie pamiętamy nazwy tej sezonowej imprezy, na pewno ten kulinarny festiwal miał miejsce w jednej z bocznych uliczek Via Roma.

Plaże w Villasimius są zjawiskowe i jest ich dużo. Oznacza to, że mając samochód, jest w czym wybierać. Wybrzeże pełne jest zarówno ekskluzywnych plaż, tych kameralnych, aż po dzikie, prawie całkowicie bezludne. Nam najbardziej przypadła do gustu mała plaża z wieżą ratowniczą 10 km od miasta. Postaramy się załączyć w tej relacji mapę plaż z okolicy Villasimius, o ile oczywiście znajdziemy ją w stercie przywiezionych z wypadu ulotek.

 

Dzikie plaże, które odwiedziliśmy. Sprawdźcie, gdzie warto plażować.

 

Camping Sa Prama – część parku krajobrazowego, brak tłumów, szeroka piaszczysta plaża.

Nie znamy niestety nazwy tej plaży. Trwają poszukiwania, niebawem zaktualizujemy informację.

Murtas Beach – pięknie położona, na terenie bazy wojskowej. Dzika i kameralna. 10 minut samochodem od Muravery.

 

Daniel Król Administrator
Autor wpisu
Pan Król, bloger i miłośnik wschodnich krain. Orędownik podróży do krain nierozwiniętych turystycznie, aktywny uczestnik życia społeczno-politycznego; człowiek interesu na miarę XXI wieku. Zwolennik klasycznych podróży z plecakiem. Kolekcjoner winyli i pamiątek ze świata. Beergeek. Tester sprzętu noktowizyjnego.
follow me


Top